
Według wielu opinii „Lawrence z Arabii” to jeden z przełomowych filmów w historii kina. Przede wszystkim ze względu na ogromny rozmach produkcyjny, nowatorskie jak na tamte czasy techniki wizualne, szeroki format obrazu i sposób montażu. I rzeczywiście, trudno odmówić twórcom ambicji i rozmachu. Tylko czy ta ponad 3,5-godzinna opowieść jest w stanie wciągnąć współczesnego widza i utrzymać jego uwagę przez cały seans? Tutaj już śmiem wątpić.
Historia oparta na losach T.E. Lawrence’a, brytyjskiego oficera działającego na Bliskim Wschodzie podczas I wojny światowej, ciągnie się niemiłosiernie. Oczywiście rozumiem, że przy takiej produkcji nie chodzi wyłącznie o samo opowiadanie historii, ale również o budowanie atmosfery, pokazywanie ogromu pustynnych przestrzeni i stopniowe rozwijanie postaci głównego bohatera. Tyle tylko, że momentami miałem wrażenie, że można by to wszystko zrobić zdecydowanie sprawniej. Piękne widoki pięknymi widokami, ale nawet one nie są w stanie uratować filmu przed dłużyznami, kiedy fabuła zaczyna się ciągnąć w nieskończoność.
Nie do końca przekonało mnie również aktorstwo Petera O’Toole’a. Jego interpretacja głównego bohatera wydaje mi się dzisiaj trochę zbyt teatralna i przejaskrawiona. Być może w tamtych czasach taki styl gry był bardziej naturalny dla wielkich, epickich widowisk, ale współcześnie niektóre sceny wypadają przez to dość sztucznie. Znacznie lepiej oglądało mi się Omara Sharifa, który moim zdaniem wypada dużo swobodniej i naturalniej.
Najwięcej emocji wzbudziły we mnie jednak nie tyle same losy Lawrence’a, ile techniczne aspekty produkcji. Skoro film uchodzi za przełomowy pod względem wizualnym, to właśnie na ten element zwracałem szczególną uwagę. I tutaj mam dość mieszane odczucia. Z jednej strony ogrom pustynnych krajobrazów, szerokie kadry i rozmach zdjęć robią wrażenie nawet dzisiaj. Z drugiej strony niektóre rozwiązania technologiczne bardzo wyraźnie zdradzają swój wiek.
Szczególnie rozbawiły mnie sceny nocne. Dobrze, że z czasem wymyślono lepsze sposoby ich realizacji niż kręcenie scen w dzień, a następnie przyciemnianie obrazu za pomocą filtrów czy odpowiedniego naświetlenia taśmy. Oglądając niektóre z tych ujęć dzisiaj, trudno czasem uwierzyć, że widzimy noc, bo całość wygląda po prostu absurdalnie. To jeden z tych przypadków, kiedy coś, co kiedyś mogło być sprytnym rozwiązaniem technicznym, po latach staje się niezamierzenie komiczne.
To film, który w swoich czasach wyznaczał standardy i pokazywał, jak wiele można osiągnąć dzięki odpowiedniej skali produkcji, pracy kamery i montażowi.
Tyle że czym innym jest docenianie znaczenia filmu w historii kina, a czym innym czerpanie przyjemności z jego oglądania ponad sześćdziesiąt lat po premierze.

Lawrence z Arabii /Lawrence of Arabia/
reżyseria: David Lean
scenariusz: Robert Bolt, Michael Wilson
obsada: Peter O’Toole, Omar Sharif, Alec Guinness, Anthony Quinn, Jack Hawkins, José Ferrer
zdjęcia: Freddie Young
montaż: Anne V. Coates
muzyka: Maurice Jarre
produkcja: Wielka Brytania
rok: 1962





Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.