
Przed seansem w kinie wyświetlana jest plansza z prośbą o nierozpowszechnianie spoilerów filmu w mediach społecznościowych. W dzisiejszych czasach brzmi to trochę jak żart, bo przecież wystarczy kilka minut po premierze, żeby w internecie znaleźć dziesiątki interpretacji, analiz i szczegółowych opisów fabuły. Dlatego ostrzegam — spoilery! Otóż okazuje się, że to wszystko jest tylko sztuką teatralną. A właściwie nawet nie sztuką, ale zaledwie próbą do przedstawienia.
Zacznę od plusów, bo mimo że sam film zupełnie mnie nie przekonał, kilka rzeczy naprawdę zasługuje na uwagę. Po pierwsze — Tom Cruise. Wow! Świetna, rewelacyjna rola. I to chyba największy paradoks tego seansu: tak samo mocno, jak nie podobał mi się cały film, tak samo jestem zachwycony tym, co zrobił w nim Cruise. Potrafi przyciągnąć uwagę, nadać swojej postaci odpowiednią energię. To jeden z tych występów, które zostają w pamięci znacznie dłużej niż sama historia.
Drugim ogromnym plusem jest Alejandro González Iñárritu, który — przynajmniej dla mnie — jest chyba najlepszym operatorem filmowym w dziejach kina. Sposób, w jaki Iñárritu buduje obraz i prowadzi kamerę, zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Tutaj również nie brakuje pomysłowości, ciekawych rozwiązań i ujęć, które potrafią zachwycić samą formą.
Momentami trudno wręcz określić, gdzie kończy się klasyczna praca operatorska, a zaczynają efekty specjalne. Kamera potrafi płynnie prowadzić widza przez kolejne sceny, zmieniać perspektywę. Pod tym względem jest to kino, które potrafi pokazać, jak wiele można osiągnąć dzięki technice, wyobraźni i umiejętnościom twórców.
I właściwie na tym kończą się moje zachwyty, bo cała reszta wypada już znacznie słabiej.
Ostatnio coraz częściej po seansach mam problem z odpowiedzeniem sobie na pozornie najprostsze pytania: o czym właściwie był ten film? Co twórcy chcieli mi przekazać? I nie chodzi mi o to, żeby każda produkcja musiała mieć jednoznaczne przesłanie, które da się zamknąć w jednym zdaniu. Ale tutaj miałem wrażenie, że twórcy chcieli poruszyć tyle różnych tematów, że ostatecznie żaden z nich nie wybrzmiał wystarczająco mocno.
O biznesie, który rządzi współczesnym światem? O pieniądzach, wpływach i ludziach, którzy mogą podejmować decyzje mające konsekwencje dla milionów innych? O nieudolności rządzących i politycznych absurdach? A może o katastrofie klimatycznej, którą nikt się nie przejmuje? O trosce o córkę lecącą samolotem? O współczesnym teatrze?
Pewnie tak. Pewnie chodzi o każdy z tych tematów. Tylko dlaczego próba opowiedzenia o nich wszystkich wypada tak nieudolnie?Rozumiem, że mamy do czynienia z groteską. Wiem, że nie wszystko trzeba tutaj traktować dosłownie, a absurd i przerysowanie są częścią zamysłu artystycznego. Problem w tym, że groteska również musi do mnie jakoś przemawiać. Może być inteligentna, złośliwa, prowokacyjna, a nawet celowo irytująca. Tutaj jednak miałem wrażenie, że twórcy tak bardzo skupili się na formie i kolejnych absurdalnych pomysłach, że zapomnieli zadbać o to, żeby za tym wszystkim stało coś naprawdę interesującego.
Ostatecznie to dla mnie zdecydowany przykład przerostu formy nad treścią. Wizualnie film potrafi zachwycić, a Tom Cruise daje znakomity występ, ale nie wystarczy to, żeby uratować historię, która zupełnie do mnie nie trafia. Doceniam pomysłowość twórców i rozumiem, że nie każda produkcja musi być łatwa w odbiorze, jednak samo komplikowanie narracji i mnożenie tematów nie oznacza jeszcze, że powstaje z tego coś wartościowego.
Szkoda, bo przy takim aktorstwie i takiej realizacji liczyłem na znacznie więcej.

Digger
reżyseria: Alejandro González Iñárritu
scenariusz: Sabina Berman, Alexander Dinelaris, Nicolás Giacobone, Alejandro González Iñárritu
obsada: Tom Cruise, Sandra Hüller, John Goodman, Jesse Plemons, Sophie Wilde, Riz Ahmed
zdjęcia: Emmanuel Lubezki
montaż: Conor O’Neill, Stephen Mirrione
muzyka: Cosmo Sheldrake
produkcja: USA
rok: 2026





Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.